Przejdź do głównej zawartości

Posty

Moja poezja

Dla jednych poezją jest Tuwim, inni zaczytują się Szymborską czy Galczyńskim.  Dla mnie poezją są książki kucharskie, czasopisma kulinarne czy nawet blogi. Gdy czytam w mej głowie wybucha eksplozja smaków. Wyobraźnia podsuwa kolory i zapachy. Aż ślinka cieknie... A gdy oprócz słów strony zdobią piękne zdjęcia, mój czas przestaje się liczyć i szybko szukam w głowie jakiejś okazji by móc przygotować te wszystkie pyszności. Tarta z kremem cytrynowy i bezą włoską, tiramisu z odrobiną nuty truskawkowe, ciasto nasączane limoncello z kandyzowanymi cytrynami. ... Te piękne słowa, te zdjęcia, te tytuły. To wszystko miód na moje serce. A gdy wreszcie wejdę do kuchni wszystkie smutki i troski idą w dal. Jest tylko Kapitan Planeta, który ubija mi białka, i piekarnik, który zawsze się stara by zakalców nie było. No i Pan Nóż, który po chwilach złamania wrócił do mnie w pełni sił. Cała drużyna mamy moc wielka by przywołać uśmiechy na twarzach naszych gości i domowników. Gdy zimna wracają zm...

Prosta droga do...

Gdy przyjechałam na Sardynię, Cagliari wydawało mi się najbezpieczniejszym miastem na świecie. Wychodziłam sama o 23 i wracałam nad ranem, nie martwiąc się o  swoje życie i nie patrząc podejrzliwie na każdy zbliżający się cień. Było jak na wakacjach, zero łysych dresów, pijanych nastolatków szukających guza, nie było powodu by przechodzić na drugą stronę ulicy, gdy z naprzeciwka zbliżał się nieznajomy. Może to była moja studencka naiwność, a może po prostu było bezpieczniej. Jednak po dwóch latach mieszkania tutaj, widzę, że wcale tak kolorowo nie jest. Również na Sardynii widoczny jest problem uchodźców, lecz nie tych uciekających przed wojną, chroniących życie swoje i swoich rodzin, ale zupełnie innych – imigrantów z Afryki, szukających lepszego życia… danego im za darmo. Są oczywiście ci na plaży, którzy cały dzień pieką się w słońcu, chodzą w tę i z powrotem, usiłując sprzedać wszelkiego rodzaju towary, od okularów po tuniki, narzuty itp. Ci, można by rzec, że pracują, Nawet...

Słoneczna strona wyspy

Myślę, że jestem winna Wam jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Po ostatniej notce można by stwierdzić, że życie na Sardynii to niekończące się pasmo smutków, trosk i niezadowolenia. Błąd! Wcale tak nie jest. Istnieje też ta piękna i słoneczna strona życia tutaj. Rzeczy, za które nie da się nie pokochać sardyńskiego życia. A jak o miłości mowa, to ciężko odbiec od tematu jedzenia. Więc wyobraźcie sobie taką sytuację: budzisz się rano, trzeba iść do pracy, czyli czas nie za bardzo do naciągnięcia, wszystko w pośpiechu. Idziesz do lodówki, a tam? Znowu nie ma nic na śniadanie! Już Cię ma trafić szlag... i wtedy Sardynia wyciąga do Ciebie pomocną rękę: śniadanie w barze! Brzmi trochę jak rzecz dla bogaczy, ale wcale tak nie jest. I właśnie tak możesz rozpocząć dzień pyszną kawą z rogalikiem lub pizzettą, wydając nie więcej niż 2,50eu. Natomiast jeśli Cię najdzie kawowa ochota, niemal za każdym rogiem czai się jakaś kawiarnia uszczęśliwiająca kawoholików. Kolejną słoneczną stroną mieszkania t...

Polka w Sardynii

Patrząc już na sam tytuł można by się przyczepić, bo jak to? Sardynia to przecież wyspa, nie można być "W" Sardynii bo nie wchodzisz do jej wnętrza. Jednak ja chciałam bardziej zwrócić uwagę na metaforyczne znaczenie tej frazy. Po nieco dłuższym pobycie na Sardynii niż tylko wakacyjny czas, zauważyłam, że można wyróżnić różne rodzaje  "bycia" i co się z tym wiąże, również odbioru piękna, odnoszące się do wizytacji Sardynii. Może bardziej jasno.  Odwiedziając Sardynię jako turysta, widzimy tylko piękne rzeczy, Z racji małej ilości czasu jaką dysponujemy podczas urlopu, skupiamy się by wchłonąc jak najwięcej. Jednak wakacje bardziej przypominają wizytę w zoo. Wchodzimy ogladamy czytamy robimy zdjęcia i wychodzimy. Zasmakowujemy zwyczajów panujących w danym miejscu w stopniu bardzo znikomym. Nawet odwiedzając restauracje, jemy to co nam przygotują, a przygotowują pod turystów, czyli znów się spotykamy tylko z namiastką tradycji i zwyczajów. Kolejnym etapem wizytacji...

realnie wirtualny świat

Nie jestem typem człowieka zaangażowanego politycznie. Może też nie jestem przykładnym obywatelem, ponieważ codzienny bełkot i paplanina, debaty, dyskusje, kampanie też nie szczególnie mnie obchodzą. Moje, jakże ograniczone w tym okresie, życie składa się jedynie z pracy magisterskiej, z przerwami na skończenie innych projektów, oraz z przerwami na pięciominutowe chwile relaksu, czyli przeglądanie facebooka. Wczoraj jednak mimo wszystko, spełniłam swój obywatelski obowiązek i oddałam głos na wyborach, aby potem znów pogrążyć się w robieniu projektach. Niemal zapomniałam o całym tym galimatiasie, jednak wchodząc na którąś z kolei przerwę, facebook nie omieszkał mi o tym przypomnieć. I właśnie do tego zmierzam. Zaczęłam tęsknić za codziennymi postami spamującymi facebookową ścianę, oznajmiającymi mi, że np ktoś z moich znajomych właśnie wyszedł z psem na spacer, albo że wypił kawę w starbaksie, albo że był na lotnisku w najdalej oddalonym krańcu świata, lub chociaż naszego województwa. ...

Dzień 15

Dzień 725 ( chyba pogubiłam się w liczeniu) <dzień 15> Poczuj święta w mieście, gdzie ostatni śnieg spadł w 1992 roku. Wierzcie mi, nie da się! Mimo światełek na ulicach (niektóre są tak księżniczkowe, że zabrałabym je do domu), mimo mikołajów, choinek i wszystkiego! Nawet George Michael ze swoim Last Christmas brzmi jakoś tak wakacyjnie. Chciałam napisać taką małą dygresje. Drodzy przyjaciele z Polski. Myślicie, że tu jest tak wspaniale i w ogóle (no dobra, to prawda), ale jest jedna rzecz, której Wam zazdroszczę: KALORYFERY. Serio. Pomijając już fakt, że w domu jest zimniej niż na dworze, to nie wiem czy doświadczyliście kiedyś takiego fenomenu, że wywiesiwszy pranie tydzień wcześniej, chcesz je zebrać a ono jest dalej mokre. Jeśli bym studiowała biologię lub nie wiem, jakąś inną cholerę, mogłabym prowadzić obserwacje na temat rozwoju wszelakich rodzajów grzybów i pleśni na ścianie tudzież innej domowej płaszczyźnie. Lub mogłabym obserwować tajemnicze życie domowych insekt...

Dzień 3

Dzień 3 Ten dzień był bogaty w brak czasu, począwszy od samego ranka. Po pierwsze jak zwykle wybrałam się za późno do  mercato san Benedetto czyli tutejszej hali targowej. Jeśli raz tam wejdziesz, to na zawsze odechce ci się robienia zakupów w wielkich supermarketach. Tyle świeżych owoców, jeszcze więcej świeżych warzyw. A mięsa!! Każde krwiste czerwone, wołające do ciebie z lodówki „kup mnie, usmaż na krwisto i zjedz!”, no może poza kaczkami które merdały jedynie swoimi martwymi nóżkami. Ale na mięsach świat targowy się nie kończy, gdyż cały drugi poziom zajmują nasi przyjaciele morscy. Począwszy od ryb u nas wszystkim znanych jak dorada, łosoś, tuńczyk, skończywszy na owocach morza każdego rodzaju. Od chomarów, krabów, krewetek, langustynek, po małże, ślimaki, przegrzebki i całą chmarę innych pyszności. Mogłabym wstawić zdjęcie, ale jaki pożytek ze zdjęcia. Użyjmy wyobraźni, stwórzcie w swojej głowie własny obraz tych pyszności, sami pokolorujcie krewetki pędzlem waszych komór...